Zaangażowanie dzieci, ich radość z faktu „grania”, możliwość przebierania się jest znakomitym sposobem spędzania czasu po lekcjach. Dlaczego w szkołach realizuje się tak niewiele przedstawień teatralnych? Dlaczego nie ma tradycji szkolnego teatru dziecięcego czy młodzieżowego?

Najprostszą odpowiedzią jest brak pieniędzy i miejsca na teatr szkolny. Sądzę, że nauczyciele świetnie zdają sobie sprawę, jaki to dodatkowy balast. Porównajmy na przykład dwa szkolne zespoły teatralny i wokalny. W przypadku nieobecności jednej osoby w zespole wokalnym to jeszcze nie problem, a w zespole teatralnym ma to duże znaczenie. Co w takiej sytuacji robić? Dzieci chorują, mają pilne wyjazdy lub po prostu zapominają. W takiej sytuacji należy szukać dublerów. Często dzieci znają cały tekst przedstawienia na pamięć i „wskoczenie” w czyjąś rolę nie stanowi problemu. Brak pieniędzy to bardzo istotny argument. Trzeba opłacić autokar, który zawiezie i przywiezie na przegląd teatralny, trzeba znaleźć sponsorów, czasami będąc narażonym na impertynencje. Trzeba jakoś „zarobić” te pieniądze, np. biletując przedstawienia. To wszystko zależy od operatywności instruktora, ale i środków finansowych, które może dać szkoła czy dom kultury. Nauczyciele ograniczają często udział do powiatowego przeglądu teatralnego właśnie z tych względów. Inny problem to miejsce na teatr szkolny. Ja mam do dyspozycji dom kultury, a w nim zaplecze na rekwizyty. To bardzo ważne.
Wiele zależy od szkoły, instruktorów w domu kultury. Na przeglądach teatralnych często spotykam się ze szkolnymi grupami teatralnymi. Do teatru dziecięcego nie może być zatrudniona przypadkowa osoba, której został teatr narzucony. To nie może być tak, że dyrektor zmusza polonistkę do stworzenia teatru szkolnego. Nauczyciele zdają sobie sprawę z ogromu stojących przed nimi zadań. Często teatr szkolny jest teatrem na zamówienie, a jego zadaniem są tylko apele i akademie okolicznościowe. Jeśli tylko do tego teatr się ogranicza, to zainteresowanych nauczycieli i uczniów będzie dużo mniej.


Czy zdarza się, że mimo świetnego scenariusza, rekwizytów, przygotowania aktorskiego i prób coś się nie udaje? Co wtedy?

W moim przypadku tak się zdarzyło przed wielu laty, gdy napisałam zbyt długą adaptację ,,Lwa, Czarownicy i starej szafy”. Długo pracowaliśmy nad tym materiałem, chyba nie dość skutecznie. Wspólnie z grupą doszliśmy do wniosku, że nic z tego nie będzie. A uczniowie koniecznie chcieli wystąpić na przeglądzie teatralnym. I tak jednej nocy napisałam ,,Mały przewodnik po baśniach”, który udało się zrealizować.
Gdy coś się nie udaje instruktor wspólnie z grupą musi się zastanowić, gdzie popełnił błąd. Wiele pomysłów rodzi się właśnie na próbach. Na tym polega współtworzenie przez uczniów-aktorów. Nie wolno się poddawać.

Czy zgadza się Pani ze stwierdzeniem, że prawdziwy teatr jest wszędzie tam, gdzie są wrażliwe dzieci, gotowe i zdolne bawić oraz wzruszać innych?

Zgadzam się z taką tezą. Do mojego teatru nie robię żadnej specjalnej selekcji. Przyjmuję wszystkich, a poprzez ćwiczenia warsztatowe, sprawdzam ich wrażliwość. Patrzę na każdego ucznia przez pryzmat jego umiejętności, które przecież w teatrze się rozwiną. Nawet dziecko, które ma wadę wymowy może tu zaistnieć. Mam kilku zdolnych aktorów, ale sporo z wadami wymowy, niepełnosprawnością, a nawet z upośledzeniem. Także te dzieci są w stanie wzruszać i bawić innych, ale przede wszystkim same bawią się i wzruszają na zajęciach teatralnych. Metodę dobieram do osób. Przeważa teatr ruchu w oparciu o muzykę klasyczną czy współczesną. Wiem, że dzieci czekają na zajęcia teatralne. A to daje sens moim zajęciom i pracy.
Nie trzeba jeździć nieustannie na przeglądy teatralne zdobywać wielkie nagrody. Ważne jest, aby byli odbiorcy naszej sztuki, aby sprawić im radość. Tylko wtedy teatr amatorski ma sens.

Dziękuję za rozmowę.

Z Ireną Hlubek, autorką książek „Teatr niewielki” i „W kręgu teatru niewielkiego”, rozmawiała Jolanta Tęcza-Ćwierz


< poprzednia strona